Zanim znowu powróciłem do mojego miejsca urodzenia, może kilka słów o moim około 10 miesięcznym pobycie w Chemnitz. W zasadzie wiodło mi się w tym czasie całkiem nieźle. W każdym razie zapewniono mi socjalizacje, jak to się fachowo nazywa, bardzo ważną faze w życiu młodego wilczaka i naturalnie także później!
Miałem w zasadzie stały kontak z innymi psami i ludźmi, czy ze wszystkimi możliwymi sytuacjami. Ale mimo tego, według mnie, byłem zbyt często zostawiany sam i nie odebrałem także wymaganego konsekwentnego wychowania!
No tak, do tego miałem jednak w tym czasie bardzo silną wolę i siłę przebicia się, z czym nie mógł sobie potem poradzić mój ówczesny właściciel. Wraz z dorastaniem zwiększały się oczywiście zachowania dominacyjne, co ostatecznie doprowadziło do tego, z powodu coraz częstszych zatargów z moim "Paneczkiem", że ten wreszcie odstawił mnie do mojego domu rodzinnego!
Przecież chciał zawsze być "Alfą" i o wszystkim sam decydować!
A więc potem, gdy przybyłem na wybieg, dostałem się naturalnie do całkiem innego systemu zachowań i do już istniejącego stada. Oczywiście na początku gwałtowne powitanie z moim hodowcą, którego od razu rozpoznałem.
Istniejące stado składało się wtedy z prawie czteroletniego owczarka niemieckiego, prawie dwuletniego CzW o imieniu Lobo, oraz jednej szeęcio- i jednej czteroletniej suki CzW. Ta ostatnia była oczywiście moją matką, którą potem serdecznie powitałem.
Obie suki były trzymane osobno, ponieważ nie było możliwe ich jednoczesne wypuszczenie. Obie były zbyt dominujące i już raz nieładnie się pogryzły, co zakończyło się wizytą u lekarza.
Członkowie stada byli co jakiś czas ze sobą wymieniani, co z powodu podzielenia wybiegu na cztery części nie było żadnym problemem. Przebywanie z dwoma sukami, z których starsza o imieniu Bella miała pozycje Alfy, było oczywiście dla mmie możliwe. Musiałem się tylko najpierw zaprzyjaźnić z tymi dwoma psami, co potem nieźle zadziałało. Obydwoje byli w zasadzie całkiem przyjaźni i bardzo socjalni w stosunku do mnie. Wreszcie miałem chociaż ponownie pasujące do mnie towarzystwo i mogliśmy się wzajemnie odpowiednio wyszaleć, poprzez wygłupy i zabawy!
Trzeba jednak powiedzieć, że ON o imieniu Zabu nigdy tak do końca nie mógł dojść do porządku z naszym wilczym zachowaniem (gesty, mimika, temperament). Z upływem czasu odsuwał się coraz bardziej na bok.
Mój właściciel udał się w tym czasie w drogę do domu, do Chemnitz, co mnie w zasadzie wcale jakoś nie zdenerwowało. Miałem teraz dużo więcej urozmaicenia i mogłem zbierać nowe, ważne doświadczenia, oraz uczyć się zachowania w stadzie.
Powinienem wcześniej jeszcze krótko wspomnieć, że to oczywiście mój hodowca i przez krótki czas potem także mój właściciel, był przewodnikiem całego stada. Tak, tak, w zasadzie powinienem potem znaleźć nowy dom, ale z czasem, dzięki Bogu, tak się nie stało. Tak było też lepiej, mimo że z powodu moich ponownych eskapad, nikogo by to nie zasmuciło!
Tak więc zostaliśmy wszyscy zaproszeni do stojącego koło wybiegu jeepa z przyczepą dla psów. Niestety dla mnie zostało już tylko miejsce w boksie na przyczepie. To już był pierwszy minus, z którym nie mogłem się pogodzić. Następny pojawił się tuż potem w domu. Gdy tam dojechaliśmy, miałem - sam nie mogłem w to uwierzyć - przenocować w kojcu! Było to dla mnie całkiem obce i nie do przyjęcia.
Dwa pozostałe psy mieszkały w mieszkaniu i liczyłem na ten sam przywilej. Wszyscy dostaliśmy jedzenie i przez jakiś czas mogliśmy jeszcze pobiegać na wybiegu koło kojca. Gdy nadszedł wieczór musiałem ponownie do niego wejść, zasuwy zostały zamknięte. Cała ta zabawa była mi już znana z czasów, gdy byłem szczeniakiem. Obok mieszkała Bella, moja matka nocowała w przylegającej zagrodzie, gdzie spędziłem kilka pierwszych tygodni mojego życia. Ale, w wieku prawie jednego roku nie byłem już zadowolony z nocowania w kojcu. Na początku wyłem cały wieczór, miałem najładniejszy i najlepszy głos ze wszystkich, ale niespodzianka dla mojego hodowcy była dopiero następnego ranka, o rany!!
Ciąg dalszy nastąpi.............
Chiko (Niemcy)
|