Jak co roku, także i w tym roku w Jevišovicach odbył się letni obóz dla czechosłowackich wilczaków. Spotkało mnie to wyróżnienie, że zostałam zaproszona jako szkoleniowiec. Nie zaprzeczę, że bardzo mnie to ucieszyło, ale z drugiej strony byłam pełna obaw, czy uda mi się dobrze wykonać swoje zadanie. Przyjazd był w sobotę. Pięciogodzinna droga pociągiem ze względu na odległość Litoměřice - Jevišovice jeszcze nie była taką tragedią, a dzięki Daně miałam zapewniony dojazd z Moravských Budějovic aż na teren obozu (droga do domu była z powodu męczącego upału o wiele gorsza). Na miejscu była już większość uczestników, nawet jeśli znaleźli się spoźnialscy, którzy przyjechali w niedzielę i poniedziałek. Ale zwykle nikt nie jest panem swojego czasu. I tak prośba, aby ci, którzy będą na obozie jedynie tydzień przyjechali na ten piewszy termin, została skrupulatnie wykonana. Powód tego posunięcia był prosty - nie zakłócać już rozpoczętego szkolenia przez nowych przyjeżdżających.
Zaraz nazajutrz w pół do siódmej przedwodnicy mieli zbiórkę, a po szybkim przydzieleniu do grup odjeżdżało się na ślady na oddalone o około 3 km pole lucerny. Po powrocie z tropienia była krótka przerwa, a następnie rozpoczynało się posłuszeństwo, które czasami kończyło się koło godziny 3 po południu. Ten pierwszy dzień był chyba dla wszystkich najtrudniejszy - najwięcej teorii, najwięcej tłumaczenia, ale także potrzeba "przejrzenia" poszczególnych przewodników z ich towarzyszami, co tak właściwie potrafią. Na wieczór, gdy już się ochłodziło, przyszedł czas na obronę. Najpierw klasyczny ring, po nim rewiry i indywidualne przygotowanie do egzaminów. Mimo tego, że w obozie brały udział także pieski, które spotkały się tutaj z obroną po raz pierwszy, muszę spokojnie powiedzieć, że nie było ani jednego zwierzaka, który na końcu by nie gryzł. Na podstawie niedzielnego "przeglądu" zaawansowania przewodników, zostali oni ostatecznie podzieleni na grupy dla początkujących, średnio zaawansowanych i tych przygotowujących się do egzaminów - głównie adepci egzaminów krajowych i głównie zainteresowani egzaminami ZOP i ZUP. Mi przypadła grupa średnio zaawansowanych przewodników.
Pierwszy tydzień pobytu był nastawiony głównie na szkolenie i przygotowanie do egzaminów według NZŘ, które odbyły się w sobotę 19.07. (niestety, pan sędzia tym razem wygrał na całym froncie; ale zaliczać egzamin na obozie szkoleniowym jest tym najtrudniejszym sposobem, w jaki można podejść do egzaminu).
Drugi tydzień poświęcono, poza bieżącym treningiem, głównie przygotowaniom do drugiego egzaminu, tym razem do tego według regulaminu Kynologické jednoty ČR Brno. Te przypadły na środę 23.07. i trzeba dodać, że wynik był o wiele szczęśliwszy (z dziesięciu uczestników powód do smutku miało tylko dwóch). Zaraz na drugi dzień po egzaminach rozpoczął się dwudzienny maraton nietypowego zawodu - Jevišovicki pieciobój. Dyscypliny, jak jazda na rowerze połączona z pływaniem, nocne wyszukiwanie pozoranta połączone z atakiem na przewodnika, godziny ślad praktyczny, rewir w terenie, posłuszeństwo w pobliżu klatek ze zwierzętami i ciągnięcie ciężkiego wózka zainteresowały doprawdy każdego. Gdy doliczymy do tego, że większość uczestników brała też udział w środowych egzaminach, to maraton ten był w sumie trzydniowy. Tak, że w piątkowy wieczór wszyscy "popadali" i tradycyjne pieczone prosiątko zostało jeszcze na sobotnie dojadanie.
Z Jevišovic przywiozłam masę wspaniałych przeżyć i wspomnień, z których najbardziej cieszą mnie "moi" przewodnicy, którzy przez tydzień intensywnego szkolenia zrobili naprawdę duże postępy. Więc gdy dostałam zaproszenie na przyszły rok, także nie odmówiłam.
Helena (Czechy)
|