W sobotę wyskoczyliśmy z pościeli o szóstej rano i szybko zaczęliśmy pakować ostatnie rzeczy. Mieliśmy przed sobą droge do holenderskiego Arnhem, gdzie Cira była zgłoszona na międzynarodową wystawe psów. Za chwilę już auto połykało pierwsze kilometry, a ja w duchu myślałam, jaka ta wystawa w Holandii właściwie będzie. Ile będzie tam czechosłowackich wilczaków, jak będą wyglądać i jak pójdzie Cirze, takie pytania galopowały mi przez głowe podczas jazdy. Martwiły mnie także różnice z zgłaszaniu się między wystawami w Holandii a Czechach. W Czechach do zgłoszenia zwykle przesyła się kopie rodowodu, w Holandii nikt sobie tym nie zawraca głowy i rodowodu nigdzie się nie przesyła. Dodatkowo na zgłoszeniu nie było nawet wzmianki o tym, że pies miałby mieć potwierdzenie od weterynarza, poświadczające, że pies najpóźniej trzy dni przed wystawą został zbadany i uznany został za zdrowego.
Po nieodzownym krótkim błądzeniu koło Arnhemu udało się nam znaleźć wskazówki do hali wystawowej Rijnhall i na parking dotarliśmy za dziesięć dziesiąta. Praktycznie na ostatnią chwilę, ponieważ o dziesiątej miało rozpocząć się sędziowanie. Z torbą, aparatem i psem skierowałam się do wejścia do hali. Przed wejściem pokazałam zgłoszenie na wystawe i wzrokiem szukałam weterynarza. Okazał się nim młodzieniec stojący koło małej rampy, pokazujący, że mam tam postawić Cire. Tej oczywiście rampa się nie podobała, jednak za trzecim razem udało si nam ją tam przytrzymać. Weterynarz przejrzał Cirze wszystkie możliwe otwory ciała i przepuścił nas do stolika z katalogami, aby za chwilę przybiec i poprosić o książeczke szczepień. Po krótkim dogadywaniu się z powodu brakującej nalepki przy szczepieniu na wścieklizne zostaliśmy przepuszczeni. Wziełam katalog i już tłum poniósł nas dalej.
Tylko co teraz, pomyślalam. Kto mi da numer wystawowy? Klasycznej reklamówki dla każdego wystawiającego, zawierającej numer, katalog, ulotki reklamowe i nieodzowne próbki suchych karm, tak jak to znamy u nas, w Rijnhall nie mieli. Nie pozostało nic innego jak zabrać torby, psa, przygotować się i odszukać ring. Hala była dosyć mała i każdy kawałek miejsca był bez wyjątku użyty. Ringi wystawowe były zrobione z krzeseł ustawionych w kwadrat tak, że zwiedzający mogli sobie na nich usiąść i wygodnie z bezpośredniej bliskości obserwować psy na ringu. Po bokach hali stały rzędy klatek, gdzie wystawcy mogli zamknąć swoje psy. Pozostałe miejsce w hali zajmowały nieliczne stanowiska głównie z jedzeniem. Z prawdziwym rozczarowaniem wspominałam sobie, że miałam nadzieje, że na międzynarodowej wystawie będzie cała masa stanowisk sprzedających różniste rzeczy dla psów. Przy tych kilku, które sprzedawały książki o psach, smycze i obroże, ewentualnie koszulki, moje zainteresowanie szybko zgasło po zauważeniu zawrotnych cen towarów.
Wreszcie znaleźliśmy ring, gdzie miały być czechosłowackie wilczaki. Wielkie zaskoczenie co do ich ilości nie miało miejsca, do Arnhem przyjechały jedynie dwa, Cira Křivoklátský Atos i Arma van Goverwelle z Holandii. Więc dwie suki i obie w klasie otwartej. To chociaż jakaś konkurencja, pomyślałam. Od stojących obok wystawców dowiedziałam się, że numer dostanę przy stole sędziego. I to się na koniec nam udało, w każdym razie ufff. Kto jednak oczekiwał, że numer będzie samolepką, ten by się przejechał. Zwyczajna karteczka i przypinaj ją sobie wystawco jak chcesz. Widać jest, że w Holandii wystawca musi przynieść ze sobą na prawdę wszystko i trzeba dodać, że holenderscy wystawcy byli przygotowani. W odróżnieniu ode mnie.
Przed czechosłowackimi wilczakami w ringu oceniane były Saarloosy, na które się bardzo cieszyłam. Muszę jednak powiedzieć, że bardzo mnie rozczarowały. Do wilczego wyglądu im daleko, dodatkowo champion, ktory był w miedzianym kolorze z wątrobiano zabarwionym nosem bardziej niż wilka przypominał przerośniętego husky. Jeszcze bardziej niż wygląd u Saarloosów rozczarował mnie ich charakter. Większość z nich właściciele musieli dosłownie wciągać na ring, przy sędziowaniu musieli podtrzymywać je własnym ciałem, aby im nie uciekły, a na koniec byli przez swoje Saarloosy wyciągani na zewnątrz. Nie było nawet jednego, który by się nie trząsł ze strachu z ogonem podkulonym aż na brzuch. Zrozumiałabym, gdyby chodziło o psy, które są po raz pierwszy na wystawie. Trzęsący się ze strachu pies z klasy championów jednak rozwiął moje nadzieje. Ciężko powiedzieć, czy wszystkie Saarloosy są takie, jednak z ośmiu psów na wystawie ani jeden nie miał stabilnego charakteru.
I już sędzia wola Cire do ringu. Tą jak zwykle bawi ustawianie, bieganie w ringu i pokazywanie się widzom. Po przedstawieniu się sędziemu i podaniu wieku psa czekam, kiedy poprosi mnie o pokazanie zębow Ciry. Sędzia jednak mężnie dochodzi do Ciry i sam miesza jej w pysku, a ta na mnie zerka z wyrazem - "mam go ugryźć, czy nie mam go ugryźć, zobacz jak sobie pozwala!". "Nie wolno go gryźć." robię do niej oko, podczas gdy sędzia przesuwa się do zadu i obmacuje suce zad, nogi i ciało. W myślach przypominam sobie czeskich sędziów, którzy nie zbliżają się do wilczaków bardziej niż na pół metra. Czyżby w Holandii mieli sędziowie o naszych wilczakach jakieś inne zdanie? Chyba tak. "Ta wasza suka jest trochę za gruba," sędzia wyrywa mnie z zamyślenia. "To niemożliwe, to jest włos", mówie. "Nie nie, ona jest gruba." No dobrze, więc jest gruba, poddaje się. Po rzucie okiem na chudziutką Armę, dodatkowo w zimowej sierści, uświadamiam sobie, że Cira przy swojej wielkości, zimowej sierści (tak, moja suka jest szalona i w lecie ma zimowe futro) musi się wydawać gruba sędziemu, który przyzwyczajony jest do wychudłych psów. Ale sędzia już nakazuje nam biegać i uważnie śledzi ruch psa. Za chwilę nas zatrzymuje, odstawia na strone i idzie sobie zobaczyć Arme. A uwaga, nie zagląda do pyska, pozwala pokazać zęby właścicielce, Letty de Graff. Jak to się skończy? Za chwilę już Arma biega w ringu, sędzia obserwuje psa, rozmyśla i za chwilę w ringu biegam też ja z Cirą. Jeszcze chwilka napięcia i już niosą tabliczki z 1. i 2. miejscem. Hura, wygrywa Cira i dostaje CAC, CACIB i BOB. Na twarzy Letty de Graff widać rozczarowanie, że Arma przegrała, ale gratuluje nam i już schodzimy z ringu. Cira musi teraz czekać na ring finałowy, gdzie wraz z innymi psami, które otrzymały BOBa będzie walczyła o tytuł najlepszego psy wystawy.
I kolejna różnica w porównaniu do czeskich wystaw. Przyzwyczailiśmy się u nas, że w ringu siedzi sekretarz, pisze na maszynie, a po sędziowaniu wystawy dostaje się dyplom, kartę ocen, wstążkę, a w przypadku przyznania CACa, CACIBa lub BOBa dodatkowo inne rzeczy, zwykle puchar, worek karmy itp. W Holandii tak nie jest. Oceny pisze się ręcznie, a wystawca sam musi o nią poprosić przy stoliku sędziego. Nie dostaje się żadnego dyplomu, wstążki, zapomnijcie o pucharach, karmie i sławie. Nic z tego wam w Holandii nie grozi, chyba że nagrody zasponsorował by dla was bezpośrednio klub rasy.
Inną interesującą rzeczą jest to, że nawet psy, które zostały ocenione i wystawę właściwie zakończyły, nie mogą opuścić wystawy przed jej zakończeniem. Taka wystawa trwa zwykle do czwartej lub piątej po południu i jeśli wystawca chciałby ją opuścić wcześniej naraża się na ryzyko, że może dostać zakaz wystawiania na innych holenderskich wystawach nawet przez cały rok. W Rijnhal zabezpieczono się tak, że hale zamknięto i nikt z psem nie mógł hali opuścić przed 16:00. Do toalety chodziło się z psem przez specjalne drzwi na ogrodzony teren koło hali. Ponieważ było tam znośniej niż w hali niektórzy wystawcy wynieśli tam krzesła i oczekiwanie spędzali na zewnątrz na świeżym powietrzu.
Po długich męczących godzinach wreszcie organizatorzy zaczynają przygotowywać ring do konkurencji finałowych. Przynoszą niezbędne podium dla zwyciężców, palmy, kwiaty w doniczkach, a wystawcy zaczynają się schodzić do ringu. Odbywa się pokaz tańca z psem w wykonaniu trzech pudli królewskich ze swoimi szkoleniowcami. Potem przychodzi junior handling, pary hodowlane i wreszcie BOB psów w trzech kategoriach - rasy pierwotne i szpice, psy użytkowe, stróżujące i owczarki i w końcu psy pasterskie i myśliwskie. Czechosłowacki Wilczak i Saarloos zostały zaliczone do kategorii psów użytkowych i stróżujących, więc na wezwanie przesuwam się z Cirą do mniejszego ringu przygotowawczego. Wraz z nami jest tu bouvier, bobtail, collie, groenendael i inne owczarki belgijskie. I już biegniemy do ringu, sędzia wszystkie psy dokładnie obserwuje i wybiera osobniki do ostatecznego wyboru. Nie ma co płakać, pewnie nie lubi wilków, Cira i Saarloos pozostają, podczas gdy włochate psy jak bobtail i collie przechodzą dalej. Honorowe kółeczko i już wychodzimy z ringu na zewnątrz, na koniec Cira dostaje kokardę z napisem "Best of raas".
To już po piątej a my zmęczeni długim czekaniem i gorącem w hali człapiemy do auta. Cira odniosła sukces, ale przed kolejną wystawą w Holandii pewnie dłużej się namyślę. Mimo wszystko Holendrzy wydali mi się dosyć skąpi dla wystawców. Więc poczekam, jak to będzie na przyszłej wystawie, tym razem w Belgii.
Mirka (Czechy)
|