Na ten wyjazd szykowałam się już od roku. Spodziewałam się dobrej zabawy i dużo pracy na placu szkoleniowym. Jednego i drugiego była aż ponad siły!
Wybralyśmy się razem z Karolinką (miłośniczka wilczaków, artystką i pani zootechnik :) ) i z dwoma psami Ava i CzW Amberkiem.
Obóz prowadził Pan Vaclav Zeisek – hodowca z Litavske Kotliny, treser, pozorant, dusza towarzystwa, człowiek, który nie śpi (potrafił bawić się do 2 w nocy, a o 7 rano już szykować się do porannych zajęć). Dzięki niemu ten obóz miał swój niepowtarzalny klimat, a szkolenie było prowadzone profesjonalnie.
Większość osób mieszkała w mini domkach, cześć w pokojach, ale wszyscy spotykaliśmy się na placu ćwiczeń. Reżym był niezły, zajęcia zaczynały się już o 7:30 rano, następne po śniadaniu, o 14 przygotowanie do wystaw, 17 to zwykle trening przygotowujący do egzaminów i wieczorem, po kolacji, jeszcze jedne zajęcia. Treningów było tak dużo i tak różnorodne, że właściwie nie dało się ze wszystkich skorzystać. Ci co szykowali psy do egzaminów rezygnowali z niektórych zajęć z obrony, żeby psiaków nie przemęczyć.
Ja z Amberkiem byliśmy właśnie w tej grupie, wiec obrony było tylko kilka lekcji. Pomimo tego Amber dużo skorzystał i tak tez było z reszta piesków. Widać było jak stopniowo "rozgrzewają się" na kolejnych zajęciach i pod koniec "kąsać" chciały nawet mało pewne siebie lub młode psiaki.
Pan Vaclav pokazywał też jak wprowadzić podstawy nauki obrony u małego psa, w czym dzielnie pomagała mu 4-miesieczna Pegi z Litavske kotliny. Pegi była gwiazdą nie tylko na obronie, ale także na tropieniu. Bez trudu szła po śladzie do swojej miski z jedzeniem!
Zajęć z tropienia Amber tez miał niewiele, bo jego plan był podporządkowany egzaminom z posłuszeństwa. Jednak kilka śladów zrobił i ja tez przeszkoliłam się jak pracować z psem początkującym.
Najwięcej było ćwiczeń z posłuszeństwa. Były zajęcia ogólnie w większych grupach i pod katem egzaminów w parach lub grupach mniejszych. Poziom piesków był bardzo różny. Niektóre wykonywały wszystko bezbłędnie, inne dopiero zaczynały naukę. Podzielono nas na grupy, aby łatwiej było ćwiczyć. Szybko wyłoniła się tez grupa egzamino-maniaków! Psy, które podchodziły do 4 egzaminów w ciągu tych 2 tyg. już na nic innego nie miały czasu ani siły.
Na obóz przyjechali właściciele nie tylko z wilczakami. Były tez owczarki niemieckie, goldeny, maliniaki, mieszańce, whippet, spaniel, stafford i inne.
Wiele psów zdało egzaminy, inne podszlifowały swoje umiejętności albo po prostu pokazały właścicielom na co je stać! To było cenne doświadczenie obserwować wilczaki, które zbyt dużo nie ćwiczyły w życiu, a chętnie i prawidłowo odnajdywały się na placu, a nawet radziły sobie na "skołszkach". Wiele osób zachęconych dobrymi efektami obiecało sobie zacząć po powrocie profesjonalne szkolenie.
W Lazne w tym roku można było nie tylko popracować z psem, ale i podszkolić języki obce! Słychać było czeski, polski, niemiecki, angielski, holenderski, włoski i francuski. Śmialiśmy się, że przy stole w kantynie siedzimy jak na obradach Uni Europejskiej!
Szczególnie miło wspominam gości z Niemiec i Austrii mieszkających obok, pełnych uczucia do swoich piesków, zapału do ćwiczeń i niewyczerpanego poczucia humoru.
Znajomością języków popisali się głównie Margo i Przemek, bez których część uczestników nic by z zajęć nie skorzystała. Ofiarnie tłumaczyli z czeskiego na wszystkie możliwe języki świata.
Na obozie była możliwość podejścia do egzaminów ZOP, ZZO, ZM, ZPU1, ZPU2, BH, IPO, VZ1, VZ2.
Katastrofą okazał się jedynie bieg na 20km, odbywał się bowiem w pełnym słońcu i na gorącym asfalcie. Nie zdawałam sobie sprawy ile szkody można zrobić własnemu psu!
Oprócz szkolenia oczywiście można było wypocząć i trochę się rozerwać. Były na to różne sposoby. Okolica była przepiękna, góry, pola, strumień, staw, osada w dolinie, więc można było po prostu spacerować i podziwiać. Samo miasteczko Lazne tez zachęcało do zwiedzania. Stylowe stare domki, parki, kąpieliska...
Można było zostać w obozie i opalać się albo podglądać wilczaki. Wspaniale było móc patrzeć jak się zachowują w takiej gromadzie, jak czytelne są ich postawy i jakie rożne osobowości! Wilczaków było koło 40 więc i różnorodność duża. Warto przyjechać i to zobaczyć!!!
Można też było odpocząć aktywnie. Były organizowane wycieczki do wulkanu, na skałki, do browaru, do zoo. Nikt nie mógł się nudzić!
Były i atrakcje na miejscu jak ognisko, mini zawody, potańcówki, no i zawsze otwarta kantyna z piwem, fernetem i innymi specjałami.
Miło było poznać tylu nowych właścicieli czeweczek! Mam nadzieje, że zobaczę ich znowu za rok!
Ela (Polska)
Rysunki Karolina Gawryszewska
|