20 godzin
Bardzo długo czekałam tego dnia, aby nareszcie się skończył. Mój ostatni dzień w pracy był dla mnie bardzo krótki, ale były i minuty, które trwały strasznie długo. W domu wszystko było już spakowane, a ja miałam jeszcze godzinkę, żeby pospać. Już o 2 w nocy spakowałam ostatniego kompana (to jest: HARMONIE Eden severu) do auta i ze sparaliżowanymi ze strachu rękami i nogami, a może bardziej sercem, wyjechałam na letni obóz do Žirovnice do Czech.
W Czechach czekał już na mnie Pavel Hanuška, do którego miałam dotrzeć w piątek wieczorem. Ale ponieważ byłam bardzo zaaferowana całą wycieczką i jeszcze przez ten upał - w Czechach byliśmy już w czwartek wieczorem. To mój rekord - 1/3 Litwy, cała Polska, pół Chech - do Pragi - przez 20 godzin.
Oczywiście ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że moje życie to stale nowe niespodzianki. Tak było i tym razem. Jestem już w Polsce, a tu okazuje się, że nie mam roamingu. No i jak mam dogadać się z Pavlem i moją matką, o tym że jestem cała i zdrowa? Tutaj pomogła moja znajomość języka i to, że kocham Polskę jak swoją drugą rodzine. Miły facet ze stacji paliw pożyczył swoją komórke - a ja już nie tak mocno zdenerwowana pojechałam dalej.
Dziewczyna i jej pies, to była nasza paczka, która zabłądziła w centrum Pragi, bo jeszcze nie wiedziałam, że olbrzymi labirynt – to są całe Czechy i ich piękna stolica Praga. 3 godziny i nic - nie wiedziałam już jaką drogą przyjechałam, nie mówiąc o tym, że jeszcze muszę znaleźć, gdzie mieszka Pavel. No i tu pomogły "kobiece czary" - podniesienie ręki, jeden znak i u nóg, ee... to znaczy koło nóg stoi prazska taksówka. Miły kierowca i jego mapa przyszły z pomocą - no i po długiej rozmowie nareszcie znalazł na mapie miejsce, gdzie może mieszkać Pavel. Wybraliśmy lepszy wariant - on był moim przewodnikiem i pokazał mi drogę do mojego przyjaciela czeweczkarza Pavla Hanuški.
Jeden dzwonek i Pavel już pozdrawia mnie po czesku, choć z pytaniem w oczach: "Co ty tu robisz - miałaś być u mnie dopiero jutro?". A ja byłam zaskoczona, że nie dostał mojego SMSa z Polski. No to było tylko małe nieporozumienie, podziękowaliśmy taxi za pomoc, a potem jeszcze 2 godziny rozmawialiśmy o psach...
Piątek był poświęcony na zwiedzanie starej i pięknej Pragi, a w sobotę z Pavlem i jego dwoma CzW byliśmy już w Žirovnice.
Obóz TART’owy
Tu w Žirovnice, na obozie TART’owym było tylko 10 CzW. Mieliśmy standardowe szkolenie - rano tropienie, potem posłuszeństwo, a po obiedzie obrona i tradycyjna czeska "uliczka". Dla Harki to nie było szkolenie tylko przerabianie starych rzeczy, które już zna. I tak - najlepsze rezultaty na śladzie (oprócz niektórych momentów, kiedy nie chciała oznaczać przedmiotu), całkiem niezłe posłuszeństwo (nie szczeka na komendę i nie nosi aportu) i 2 razy ugryzienie na wałek (to było to czego najbardziej nie lubi robić - być psem obrończym).
No i tu czekała na mnie "super nowina" - moja mała ma cieczkę. A ponieważ w Žirovnice nie było psów na krycie już wiedziałam, że z 2 tygodni będę tutaj tylko przez połowe czasu. Jeden dzwonek do Margo i Przemka (letni obóz w Lázně Bělohrad) i już wiem, co będę robić w drugi tydzień moich wakacji - jade do Lázně Bělohrad. Tam Harke czeka krycie psem ze Słowacji - JEANem Kysucka hvezda i egzamin ZOP.
W ostatnie dni mojego pobytu w Žirovnice odbyły się nocne zawody - i co, mamy 2 miejsce wśród wilczaków.
I jeszcze pożegnalny wieczorek i czeska "Jablonica"...
P.S. Czesi myśleli, że kłamie, kiedy mówiłam, że wyjadę po imprezie o 4 w nocy. Byli zaskoczeni - po imprezie? I pojechałam, choć nie o 4 a o 6.
P.S. po P.S. Jak tam CzW w Žirovnice? Po prostu tacy sami szkoleniowcy jak ci, którzych znam - robi się tu szkolenie z wilczakami, ale każdy wie, że nikt tu ich za bardzo nie kocha (tak mi się wydawało). Myślałam też, że będę miała fajny obóz i fajne podejście do CzW. Ale są tu inni właściciele, którzy mają tradycyjne psy - ONy, którzy tylko tolerują CzW (to i tak lepiej niż na Litwie na obozach psów straży granicznej - tam mojej Harki nikt nie toleruje, ale ponieważ jestem - "ważną personą" to dlatego o niej się tak dużo źle nie gada), ale na swojej twarzy mają wypisane takie zdanie - "To nie jest pies użytkowy - i co on tu robi? Myślałem, że CzW to pies, który może egzystować tylko jako pies-piękniś w domu i nic więcej".
Ale o Pavle - on ma swoje zdanie i z całych swoich sił chce innym pokazać jaki może być CsW, jeśli tylko mu na to pozwolisz. Tak trzymać, Pavel...
Lázně Bělohrad
Nie myślałam, że w Lázně Bělohrad jest tak pięknie. Cały obóz położony jest na górce, z której rozciąga się piękny widok, a same miasteczko jest w zasięgu reki.
Z Harką w Lázně Bělohrad byliśmy od 11.08, a pierwszą rzeczą był trening do ZOP. Byłam zdziwiona moim psem, bo po długiej jeździe autem bez wyprowadzania pięknie zrobiła wszystke elementy ZOP'ki. Tu spotkałam także "matkę" Harki - hodowczynie Lucie Novoveską. Stare "kameradki" miały o czym pogadać.
Na obozie był międzynarodowy raj dla wilczaków - Niemcy, Włosi, Polacy, Holendrzy, Austriacy i jedna Litwinka. Masa pięknych psów, dużo spokoju i bez jakiejś agresji, jaką były naładowane psy w Žirovnice. Także moja Harka, która w swoim życiu nie lubiła kontaktu z mężczyznami (po tym jak pewnego razu Harkę pobił jeden "mądry psiarz"), bez jakiegoś wahania sama nawiązywała kontakt i machała ogonem przed wszystkimi, oprócz Vency - każdy i tak wie dlaczego.
Wtorek - dzień egzaminu ZOP. Bardzo chciałam zachować spokój, ale było to trudne, ponieważ był to pierwszy, normalny, oficjalny egzamin (egzamin według IPO dla psów straży granicznej na Litwie jest robiony tylko w ten sposób). No i co – uśmiech na twarzy, a w głowie tylko jedna myśl "zabiję cię, wstrętny piesku" - gdy Harka idzie na komendę "noga" metr za mną. No, ale mieliśmy szczęście i sędzina p.Svobodova oddaje nam listek z napisem - "zaliczone". Mamy swój pierwszy egzamin.
Ponieważ Harka miała ruje, więcej egzaminów dla niej już nie było. Tylko ja obserwowałam jak wyglądają inne testy, ponieważ w następnym roku to będzie nasze zadanie.
Każdy dzień - to stale nowe niespodzianki "szefa" obozu - Vency Zeiska. Gdzie to my, właściciele psów, nie byliśmi - i na skałach, i w kraterze wulkanu, na basenach i w zamkach... Dużo przyjemnych chwil. Za to muszę podziękować Vency.
W pierwszy dzień mojego pobytu na nowym obozie Margo powiedziała "Jedziesz z nami na Słowacje". Jeszcze próbowałam wymigać się od tej wycieczki, no ale mam zasade nr. 3 - nie mogę mówić "nie" kiedy tak pięknie się mnie o coś prosi. I jeszcze to, że "facetowi" Jeanowi nie podobała się moja suczka (za wczesne dni na krycie).
Po obozie w Lázně Bělohrad wypełnionym miłą atmosferą i nowymi znajomościami pojechaliśmi na Słowacje.
P.S. Tu psy mają dobry trening. Posłuszeństwo, obrona podczas której psy wcale się nie stresują, kiedy pozorant robi atak. Najlepszym dowodem jest moja Harka - w Žirovnice chciała cały czas "dać nogę" z placu szkoleniowego, podczas gdy była obrona tu w Lázně Bělohrad pięknie gryzła wałek i pies ten, który nie ma aportu i nie umie gryźć nosił go z takim zadowoleniem, że przeżyłam szok...
Kraj gór, uśmiechu i spiewających wilków...
Pierwsze zdanie o Słowacji to "cholernie tu pięknie". Tylko te góry - dla mnie takiej "wielkiej amatorki" ostrej jazdy było to duże wyzwanie (a jak miałoby nie być, jeśli poza wycieczką do Czech jeździłam autem tylko 1 trasę - do pracy i do domu). No nie wiem jak się udało, może to mój dobry duch - duch wilka - który całą drogę miał mnie pod swoją opieką. I już stoimy w deszczu, mokrzy jak nie wiem co, w nowym obozie, na górze koło Bystricy. Pierwsze powitanie nie było tak ciepłe - wszyscy siedzieli cicho i tylko jedna kobieta z głosem jak anioł cicho śpiewała po słowacku. Nowe znajomości z Polakami: Kamilą, Bartkiem i Danielem. Małe ognisko i pierwszy smak Słowacji - narodowa "śliwowica". Tak skończył się pierwszy wieczór.
A czym dalej tym lepiej. Nowy dzień powitał nas piękną pogodą i dopiero teraz zobaczyłam całe piękno gór. Biwakowaliśmy na stoku u szczytu góry i byliśmy przez cały tydzień "królami gór" i "tymi wstrętnymi Polakami i Litwinką, którzy cały czas grilują".
Dopiero na Słowacji zobaczyłam jakie mogą być wilczaki - te dzieci wolności są tu bardziej podobne do wilków. Ponieważ Harka bardzo chciała zapoznać się z jakimś pięknym facetem, zrobiliśmy nalot na bazę danych i po długich przemyśleniach i przy pomocy Margo, Przemka, dobrego słowa o psach od Daniela i słowackich psiarzy wybraliśmy "małżonka" dla Harki. Jest nim Dag z Tematínskych kopcov, pies z takim pięknym wyrazem życia w oczach, że ja i teraz jeszcze widzę jego mądrość i dumę, które błyszczały w każdym kontakcie z nim.
Ponieważ większość właścicieli spędza tu raczej wakacje niż szkoli psy - więc rzeczą nr. 1 było dla mnie to, że mogę tu spróbować zrobić bonitacje. A na co mi bonitacja? Jeśli mam sukę championkę Litwy i Estonii, taką, która ma prawa hodowlane na Litwie, to dlaczego nie miałabym zrobić i tego - pomyślałam sobie. Tak wygląda cała prawda. Na Litwie jest teraz tylko jeden CzW, a psem nr. 1 jest u nas owczarek niemiecki - ten histeryk, ciągle szczekający, gryzący pies jest idealem dla sporej ilości psiarzy na Litwie. A mój CzW - pies, który nie szczeka, który nie lubi atakować i zagryzać ludzi na śmierć, nie lubi całego tego "oj, jaki ładny piesek, mogę go pogłaskać". Ona jest psem ze specyficznym charakterem, a nie jakiś tam retrieverem do głaskania albo ONem od histerycznego szczekania. No ale nawet "poważni psiarze" mówili szeptem, że to jest pies strachliwy, niehodowlany... A najlepszym sposobem, aby to wszystko zmienić to zrobić bonitacje i pokazać, że to jest normalny wilczak, taki jakimi są wilczaki.
Do soboty mieliśmy czas, żeby porozmawiać ze Słowakami, nawiązać nowe znajomości, posmakować słowackiego piwa. W sobotę rano pierwsza rzecz na bonitacji - mierzenie psa. Harka już wiedziała, że ta mała smycz to jak komenda - bądź grzeczna, bądź dobra – to jest najważniejsza wystawa w twoim życiu - bądź najlepsza. Pierwsze zadanie mieliśmy już za sobą. No, teraz miałam największą nerwówke - już wkrótce będzie test psychiczny, a ja wiem, że mam bojaźliwego psa, jak mówią litewscy psiarze. Lańcuch, ja w ukryciu, tak, aby Harka mnie nie widziała i test już się zaczyna. Pierwszy kontakt z pozorantem - co ona robi - ten strachliwy pies idzie do pozoranta i macha ogonem? Drugi kontakt - atak i strzelanie - tu moja mała miała reakcje na strzał (za to możemy podziękować Žirovnice - do tego obozu zachowywała się normalnie na ten dźwięk - ponieważ pracujemy w straży granicznej na Litwie, więc strzelamy - to normalny dźwięk na szkoleniu. Oczywiście jeśli zrobi się to normalnie). Ale już zapomniałam i dysząc czekam, bo zaraz będzie werdykt dla Harki. Sędzina Sonia Bognarova uśmiecha się - hip hip hura - Harka jest suką hodowlaną i na dodatek jest w I. grupie hodowlanej.
Słowacy są smutni - tak szybko płynie czas - obóz się już kończy, a drugi dopiero za rok. Długie pożegnanie, a my już nie we dwie a w czwórke (ponieważ Margo i ja postaraliśmy się, żeby Daniel został dłużej, a teraz wiozłam go do domu) pojechaliśmy z pięknych gór Słowacji do Polski. Słowacja płakała kiedy wyjechaliśmy...
Pięknie spędzony czas u rodziny Daniela i jeszcze 600 km do domu - na Litwę. No ale to nic, ja już wiem jakie drogi mnie czekają...
P.S. Teraz siedzę w pracy i patrzę na kalendarz: jeszcze tyle czasu, tyle czekania kiedy znów będzie lato i ja będę tam, gdzie nocami śpiewają srebrzyste cienie, duchy lasu - wilki mojego życia - Czechosłowackie Wilczaki.
Daiva (Litwa)
|