Zaczęło się powitalnym szczekanio-wyciem przy bramie. To wilczaki z Peronówki oznajmiły całej wsi, że przyjechali goście.

I od czwartku po południu do piątku późno w nocy ten wilczakowy refren rozbrzmiewał przy każdym podjeżdżającym samochodzie. Każdy gość miał swoje należne powitanie. Niektórym tak się spodobało, że postanowili nocować gdzie indziej, tylko po to aby mieć takie wejście więcej niż raz. W czwartek było spokojnie, najpierw daliśmy upust naszej radości z powodu szczeniaczków, zostały wymemłane i wygłaskane, my w rewanżu zostaliśmy wyślinieni i ponadgryzani tu i ówdzie... zostawiliśmy je zmęczone zabawą.

Przyszedł czas na rozpoczęcie przygotowań, silna grupa pod dowództwem Gospodarzy rozpoczęła składanie namiotów, zbijanie ławek i stołów,

w międzyczasie zasiedliśmy do stworzenia dyplomów na zawody Obedience, które miały być sędziowane przez międzynarodową komisję... Zawody niestety nie zmieściły się w planie, podobnie jak coursing... a wszystko przez deszcz, który uparł się pokrzyżować nam plany. Ale nic straconego, w końcu będzie następne spotkanie...
W czasie gdy psy beztrosko buszowały po wszystkich zakamarkach,

ludzie ciężko pracowali.
No to namioty nad miejscem planowanej biesiady rozstawione, stoły stoją, ławki też, Przemek wyczarował skądś super kratę na grilla-gigant i czwartek mamy zakończony.

Na zewnątrz, bo w domu feeria zapachów, aż żołądek piszczał z radości, Margo z Mamą szalały w kuchni, piekły ciasta, pasztety, chleb... oj będzie uczta.
Piątek powitał nas deszczem, pogoda zrobiła nam dużą nieprzyjemność... bo jak to tak? Deszcz na spotkanie?? Na szczęście sąsiad przyniósł wielka płachtę i panowie zabrali się do montowania zadaszenia nad stołami, kopali, mocowali, rozpinali... wszystko w deszczu. W tym czasie z Bożeną powędrowałysmy tam, gdzie uznałyśmy że będziemy najlepiej się komponować: do kuchni...
Plan zajęć: szaszłyki! Robota na cały dzień w jej efekcie pełna po brzegi lodówka...

A obok piekarnik rozgrzany do czerwoności dopieka kolejne pyszności.
Ok. południa zaczęli zjeżdżać goście z Niemiec, Austrii, Czech, Słowacji... każdy oczywiście godnie powitany przez wilczaki. Deszcz jakoś łaskawie przestał padać, więc rozbijanie namiotów odbywało się już w sensownych warunkach.

Po południu goście przyszli się przywitać, niebawem przyjechał Pavel z beczkami piwa i zaczęło się biesiadowanie, raz na jakiś czas przerywane chóralnym ujadaniem – znak, że przyjechał kolejny gość.

Wszystkie przyjezdne wilczaki pozostały przy samochodach i namiotach a po podwórku ganiały sobie: Ali, Jolly, Eresh, Dewi, Cheitan, Eligo i Balrog. Belcia przyjęła na siebie rolę przyzwoitki podczas odwiedzin szczeniaczków (oj miały maluchy dużo zajęć integracyjnych podczas tego weekendu),


a Boluś z Botiskiem i Camolem poszły do nowego, wielkiego kojca, z którego mogły alarmować, że jedzie ktoś nowy i bacznie obserwować całe towarzystwo, które co chwila karmiło psy przysmakami. Niestety braterskie więzi na linii Balrog-Botis i Camio-Cheitan uległy zniszczeniu i chłopaki wymieniały między sobą szerokie "uśmiechy", które nie wróżyły nic dobrego. Więc trzeba było zarządzić sensowny podział grup.
Późno w nocy przenieśliśmy się wokół ogniska, bo deszczyk przypomniał sobie, że przerwa trwała zbyt długo i znów należy o sobie przypomnieć, więc trzeba było się nieco ogrzać.

Czekaliśmy na kolejnych przyjezdnych i czekaliśmy... co chwila nadzieję wzbudzał przejeżdżający samochód... ale okazywało się, że to tajemniczy biały Golf patrolował imprezę z zewnątrz. Może kierowca i pasażerowie byli nieśmiali? Z daleka puszczali nam muzykę z radia (mało im od środka karoserii nie rozerwało), dodawali gazu i odjeżdżali w mrok... taki wzajemny flirt... bez happy endu.
W piątek dojechał najważniejszy chyba gość spotkania, p. Oskar Dóra – doskonały sędzia rasy, który miał przeprowadzić bonitację.

Poszliśmy w końcu spać, w sobotę czekał nas intensywny dzień...
W sobotę rano miła niespodzianka, ekipa w składzie Alicja z Bartkiem i Cayo oraz Daiva z Harmonią, która dotarła tuz nad ranem, przywiozła ze sobą słońce. Zapomnieli mu chyba tylko powiedzieć, że tu trasa się kończy, więc sobie znowu poszło na jakiś czas.
Akurat gdy rozpoczął się Memoriał Hoky'ego. Wcześniej były zajęcia teoretyczno-praktyczne, prowadzone przez Pavla, na temat szkolenia.

Uwidoczniły się gigantyczne różnice w sposobie pracy z psami, podejścia do psów. Kompletnie różne światy. Kynologia jak widać nie jest jednolitą dziedzina w zakresie szkolenia. Czy to dobrze czy źle - nie mnie to oceniać. Ja wyniosłam z tego bardzo konkretne wnioski czego chcę a czego nie akceptuję i chyba każdy swoje wnioski miał. I to jest ten bonus spotkania – poza sympatycznie i zabawowo spędzonym czasem, jeszcze walory poznawcze. To jest cos!
Memoriał Hoky'ego, główna impreza spotkania, trwał cały dzień,

przymusowe przerwy spowodowane intensywnymi opadami spędziliśmy nad stołami, ratując plandekę nad miejscem biesiadowania, która zaczęła się poddawać strumieniom wody.

Przywiezione słońce ze wschodu raczyło zawrócić nad Późną, ale zrobiło się późno więc poszło spać, tyle tego, że wieczorna impreza przy grillu z szaszłykami, wędzonych królikach, pieczonym nad ogniskiem koźle, słodkich pysznościach i morzu piwa przebiegała już w łaskawszej aurze.

Ta noc była długa... a ranek przyszedł za wcześnie, zwłaszcza dla śpiochów...
W niedziele komunikat w radio nastroił nas optymizmem: cała Polska w słońcu... patrzyliśmy więc nieco ogłupiali w zasnute szarymi chmurami niebo i byliśmy jedna wielka nadzieją na sprawdzalność prognozy pogody....
A pogoda zastanawiała się... słońce zaspało, ale deszcz też. Nie było więc na co czekać, ekipa z Pavlem na czele poszła na zajęcia z tropienia, reszta budziła się i zaczęła przygotowania do bonitacji. Zawody Obedience i coursing poszły w kąt, trzeba było wykonać najważniejszy punkt programu niedzielnego zanim aura przypomni sobie, że bywa kapryśna. Okazało się zresztą, że wszyscy są żywo zainteresowani przebiegiem i przeglądu młodych i bonitacji. Kto powiedział, że przegląd hodowlany jest nudny?? Emocje większe niż na wystawie: kibice, komentarze... profesjonalizm sędziego - emocjonujący show! Więc wszyscy siedzieli wokół "ringu", zaciekawieni, kibicujący i przejęci. Właściciele młodzieży - jak zapowiadają się ich pupile, a właściciele dorosłych psów - jaki wyrok zapadnie i jaki kod otrzymają przyszłe nadzieje hodowlane.

Bonitacja wypełniła na 100% program niedzielny, ogłoszenie wyników odbyło się o 16 i zaraz potem czas było zbierać się w drogę do domu, zwłaszcza jak do tego domu było ponad 500 km.
Wracaliśmy pełni emocji po weekendowych przeżyciach, bogaci w nowe doświadczenia (nie wszystkie super miłe, nieraz potłukliśmy pupy naszych wyobrażeń na temat zachowania psa) ale szczęśliwi, że przeżyliśmy co było nam dane.
Jestem pod ogromnym wrażeniem skali przedsięwzięcia. Prawie 60 osób i tyleż samo psów, ogarnąć to organizacyjnie - nie mieści mi się w głowie! A działało bez zarzutu. I jeszcze jedna refleksja: towarzystwo międzynarodowe, różne hodowle a atmosfera taka, że lokalnie u nas tylko się uczyć. Nie dziwię się już dlaczego tyle osób pokonuje setki kilometrów aby dojechać do Późnej. Takiego spotkania nie można odpuścić. To jest coś!
A pies? A pies odsypiał weekendowe szaleństwa przez kolejne dwie doby.
Do zobaczenia za rok!

|