Iowa swój pierwszy raz - tzn. miot miała chyba typowy, w przeciwieństwie do wszystkiego co jej się zdarza. Po spotkaniu z Botisem zaczęłam odliczanie, mając w myślach jej nietypowość jako suki (cieczka raz w roku trwająca 2-3 miesiące) i oczekując na ciążę albo bardzo krótką albo jak u słonicy.
Tymczasem dokładnie w 62 dniu od poczęcia, temperatura jej spadła do 36,5 st. i wprawiła mnie tym w stan nerwowości i oczekiwania. Ona oczywiście była jak najbardziej spokojna i gdy ten stan przedłużał się ja prawie siedziałam w samochodzie chcąc sukę wlec po lecznicach, bo w książkach przecież piszą, że "w ciągu doby od spadku temperatury powinna rozpocząć się akcja porodowa". Minęła doba a suczka nie rodzi, więc cała w nerwach na telefonie z wetem ustalamy, że dajemy jej jeszcze 3 godziny i jak się nie zdecyduje – to czeka ją porodówka u weta. Suka głupia nie jest, swój rozum ma, więc się spięła w sobie i szast - prast w ciągu kilku godzin spowiła 8 szczeniaczków. Wraz z Anią i Kamilem zajęliśmy z góry zaplanowane miejscówki i mogliśmy obserwować ten cud natury jakim jest poczęcie. Suka zachowywała się wzorowo, sama przegryzała pępowinę i wylizywała szczeniaki zupełnie jak doświadczona felczerka.
Przez pierwszy miesiąc przy maluchach nie było pracy, można je było miętosić, nosić i całować bez końca. Te najmniejsze budziłam i przystawiałam do sutków, aby wyrównywały wagę do pozostałych. Codziennie wieczorem sprawdzałam ich wagę i gdy porównywałam z wagami Peronówkowych miotów, to wydawały mi się ciągle za chude i nawet kupiliśmy specjalne mleko w proszku, aby je dokarmiać. Oczywiście, one miały w nosie jakieś perfumowane mleczko i świetnie opanowały wypluwanie smoków z pyszczka, bo tylko mamuśki mleczko było świetne.
W tym czasie dużo uwagi pochłaniała sama Iowa. Nie chciała wychodzić na spacery, załatwiała się przy domu, ale z 5 razy dziennie (bo i jadła niesamowicie dużo) i szybko wracała do maluchów. W nocy trzeba było wstawać po 2, 3 razy i wypuszczać Aję. Normalnie to jest tak, że staram się, aby psy nie załatwiały się w ogrodzie i wyprowadzam je na spacery, teraz natomiast to już nie miałam nic przeciwko temu, aby Aja w nocy szybciutko pobiegła za potrzebą i jeszcze szybciej wróciła. Nie podobało jej się chyba miejsce, w którym miała legowisko bo wyraźnie szukała czegoś innego, najlepiej w moim łóżku, albo pod, lub ostatecznie na ogrodzie w nowo wykopanej dziurze. W okolice legowiska nie dopuszczała kotów, innych psów, a ludzi bacznie obserwowała i jak ktoś wziął szczeniaka do rąk to albo starała mu się zabierać albo wyraźnie się niecierpliwiła dając do zrozumienia, że go obserwuje i czuwa.
Obserwacja jak rosną maluchy i jak są coraz sprawniejsze dostarcza naprawdę masę radości i emocji, które trudno opisać. Godzinami można wpatrywać się w kosmate kluseczki, słuchać jak mlaskają, parskają i porozumiewają się po swojemu. Nie zauważyłam nawet kiedy minął miesiąc, a szczeniakom zaczynało robić się ciasno i nudno i trzeba było zlikwidować kojec i udostępnić dalsze miejsca do podbojów, no i moja sypialnia została placem zabaw dla łobuziaków... najbardziej im się podobał duży fotel stojący w rogu, bo można było się wokół niego ganiać, chować za nim i obgryzać. Fotel jest do wymiany. Drugi mniejszy, miał natomiast fajne drewniane poręczne, wprawdzie trochę nadwyrężone przez Aję jak była mała, ale jeszcze dawały się skubać, a narożniki były z materiału chyba nie wystarczająco mocnego. Fotel do wyrzucenia. Wykładzina natomiast – super, świetnie tłumiła tupot małych nóżek, nie dawała możliwości wydrapania dziur, bardzo dobrej nasiąkalności. Wykładzina do wymiany.
Po kilku dniach "plac zabaw" szczeniaków był jak po przejściu trąby powietrznej, tylko powietrza tam nie było. Przyznam się, że po 6 tygodniach od narodzin szczeniaków zaczęłam "wymiękać" – nie nadążałam ze sprzątanie, wietrzeniem, praniem. Bałam się wychodzić z domu na dłużej, bo zastawałam sajgon w ich kojcu. Mopa i ścierę prawie nie wypuszczałam z ręki, w przerwach szykując jedzonko, bo bractwo miało apetyt (trzeba było nakarmić 8 szczeniaków, 2-ie dorosłe suki i 3 koty). Dobrze, że spadł śnieg i mogłam wypuszczać maluchy do ogrodu, tam przynajmniej mogły wytarzać się w śniegu i tak bardzo się nie lepiły... a po powrocie miały dobry apetyt i dłużej spały.
Ten czas dla mnie to: zero towarzystwa (nie miałam czasu, nawet dla rodziny), zero wyjść do koleżanek (bo w myślach – co tam robią maluchy i trzeba szybko wracać), zero przyjmowania ludzi (zapach unoszący się w domu wyganiał najbardziej odpornych), zero pracy, zero koncentracji (tutaj można było "zwalić" na szczeniaki własne lenistwo).
Ten czas to również - możliwość obcowania z małymi, ciepłymi kluseczkami, które ufnie wtulały się pod pachę, lizały po twarzy i kuły ząbkami jak szpileczki. To czas obserwacji przystosowywania się małych istot do życia, ich reakcji na otaczające bodźce, współżycia w stadzie, wspólne zabawy i szaleństwa. Teraz wiem, jak ważne są pierwsze wrażenia maluchów, ich pierwsze nauki i doświadczenia.
Aha, nie napisałam jeszcze, że szczeniaki z Dębowej sfory to najpiękniejsze, najmądrzejsze i najwspanialsze małe wilczaki jakie w życiu widziałam!
Przekazujemy szczeniaki nowym właścicielom z przekonaniem, że dołożyliśmy wszelkich starań, aby maluchy były zdrowe, mądre i odważne jak na ceskoslovencke vlcaki przystało.
Pozdrawiam wszystkich hodowców tej rasy, Joke.
Warszawa, luty 2007r.
|