06.-07.04.2002 odbyło się przygotowywane przez zarząd nowego klubu czechosłowackich wilczaków w Niemczech spotkanie w pięknym miejscu w pobliżu gór Harz koło miasteczka Rodishain.
Mały hotelik, gdzie spotkanie się odbyło miał znaczącą nazwę "Wolfsmühle"
czyli "Wilczy mlyn".
Uczestnicy zaczeli zjeżdżać się w sobotnie przedpołudnie a niektórzy przyjechali już w piątek wieczorem. Spotkanie było zorganizowane jednocześnie jako zlot wszystkich, którzy chcieli wreszcie po latach zjednoczyć wszystkich właścicieli i hodowców czechosłowackich wilczaków w Niemczech. Dotąd mianowicie nasi fani wilczaków byli zrzeszeni w stowarzyszeniu wraz z Saarloosami. Obecnie zadecydowano o rozdzieleniu obu ras na samodzielne kluby.

Uczestnicy spotkania (kilku z nich odjechało do domów już w sobote)
W południe było już na miejscu około 35 uczestników także zza granicy
(Czechy, Polska i Holandia). Program rozpoczęła dyskusja o podejmowanych krokach zarządu włączenia klubu do VDH (niemieckiego związku kynologicznego - odpowiednika naszego ZKwPL), dążeniach do ujednolicenia kryteriów dopuszczania do hodowli z krajem pochodzenia (bonitacja) i pytaniach organizacyjnych. Należy powiedzieć, że w Niemczech jest legislatywa do uznania klubu
bardzo skomplikowana, a wymagania więcej niż ostre, przez co droga do definitywnego uznania nowego klubu, jako jedynego gwaranta chowu CzW w Niemczech, będzie jeszcze bardzo długa.
Po tej cześci programu, którą prowadziła przewodnicząca zarządu Tanja Brinkmann
("von der Ummelner Mühle"), dalszą częścią zajął się główny organizator akcji - Jörg Schmidt ("von der Wolfsschleife"). Wszyscy wyszliśmy przed hotel i wraz ze swoimi psiakami udaliśmy się na wspólny spacer do pobliskiego lasu. Tam (niektórzy po dłuższym wahaniu) wypuścilismy nasze psy na wolno. A wtedy zwykła przechadza przerodziła się w niezapomniane przeżycie, gdy w sumie prawie 30 CzW włączając w to kilka szczeniaków zaczęło wokół nas biegać jak jedno wielkie stado. "Na Boga", powiecie teraz, "to ile było pogryzionych psów". Może to być dla niektórych z Was zaskakujące, ale nie było żadnych. Nie było nawet najmniejszych kłopotów, poza sporadycznym powarkiwaniem, ponieważ mieliśmy dwa dominujące samce. Mimo tego całe stado nie miało żadnych problemów. Gdy jeden pies znalazł potok, zaraz zjawiły się tam wszystkie. W trakcie tego prawie 2 km spaceru spotykaliśmy kilku spacerowiczów, którzy nie wierzyli swoim oczom. Gdy widzieli stado "wilków", możliwe że poczuli się jak w śnie lub w bajce.

Pierwsza grupa idzie na spacer
|

Nigdy nie udało się uchwycić do gromady
całego stada
|

Najsilniej reprezentowana hodowla na spotkaniu
Šedý chlup
|
O propagacje naszych psów postarał się Jörg, który całe spotkanie reklamował w miejscowym piśmie i już pierwszego dnia przychodzili tamtejsi mieszkańcy i pytali się, kiedy będą mogli sobie pooglądać nasze wilczaki. Ich ceikawość zaspokoiliśmy na koniec spaceru, gdy z naszymi psami przeszliśmy grupą przez część Rodishainu i miejscowi mogli rozkoszować się widokiem z ogródków swoich domków.
Późnym popołudniem odbyła się jeszcze rozmowa o sprawach organizacyjnych i po krótkim wieczornym spacerze z psami, zaczęła się wieczorna zabawa. Dużo dyskutowano, planowano
(między innymi uczestnictwo w specjalnej wystawie sędziego z Czech) i zawiązywano nowe przyjaźnie.
Dzięki temu, że ekipa wolfdog.org była silnie reprezentowana (Margo, Karin, Przemek i ja), rozmawialiśmy także o pomocy dla nowego klubu i jego internetowej prezentacji.
Zaplanowaliśmy także wstępnie czesko-niemieckie spotkanie CzW na terenie psiej szkoły, której właścicielem jest Michael Eichhorn ("Zlatá Palz") a która znajduje się blisko czesko-niemieckiej granicy niedaleko przejścia Strážný-Philippsreuth. O terminie będziemy Was oczywiście jeszcze informować. Wieczór był bardzo długi i ostatnie grupy rozeszły się koło godziny 2:00 w nocy.
Rano po śniadaniu wygospodarowaliśmy pół godziny na fotografowanie a potem udaliśmy się do oddalonego o 30 km westernowego miasteczka "Pullman city II.".
Wstęp mieliśmy ulgowy, jako zorganizowana grupa :o). Już u wejścia wzbudziliśmy zainteresowanie i zaczęto zadawać pytania. Trzeba powiedzieć, że i po czesku, gdyż dwóch mężczyzn pracujących przy tutejszym programie było Czechami. Zainteresowanie gości i pracowników
westernowego miasteczka nie zmalało przez cały czas naszej obecności. Mieli tam wszystko - konie, byki, cowboys i indian, ale "wilki" przyprowadziliśmy dopiero my.

Bady i indiańska wioska
|

U wybiegu krów
|

Nancy
|
Odwiedziny w westernowym miasteczku zakończyły całe spotkanie a uczestnicy kolejno udali się do domów (najdalszy uczestnik miał do domu ponad 1000 km). Całemu spotkaniu dopisywała pogoda, i nawet gdy wiał zimny wiatr, niebo było czyste i całe dwa dni świeciło słońce. Należy podziękować przede wszystkim organizatorom, obsłudze hotelu i wszystkim uczestnikom za mile spędzony weekend. Przejemny podarek przygotował Ladislav Takáč (Amarok Šedý chlup), który nie mógł się stawić osobiście i posłał uczestnikom dwa ogromne czeskie kołacze o średnicy około 70 cm z nazwą i datą spotkania wypisanymi powidłami. Wszystkim bardzo smakowały.
Pavel (Czechy)
|