Dalsza część historii Endiego - jaki był, gdy stał się członkiem naszego stada
Autor: Olga, Tłumaczenie: Margo (16 Lip 2002 - 13:02) |
|
 |
27.10.1999 rozpoczęła się historia wielkiej obustronnej miłości i oddania. Endy miał za sobą prawie półroczny pobyt w schronisku. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam tego pieseczka, serce wypełniło mi się współczuciem. Był nieufny, brudny, śmierdzący, chudy, bez żadnej iskry w oku, bez chęci do zabawy, jedynie wystawił głowę zza rogu, unikał nas, bał się zamykających się drzwi, wyciągniętej ręki... Najpierw więc picie, jedzenie, kąpiel, buda, zapoznanie się ze wszystkimi członkami jego nowego stada i jego terenem. A między tym głaskanie, czesanie, szczotkowanie, pieszczoty, spacery po okolicy. Pomału się rozkręcał, spodobało mu się czesanie i szczotkowanie, ale najlepiej pieszczoty. Na spacerach pięknie chodził na smyczy, nie ciągnął, prawdopodobnie został nauczony u poprzednich właścicieli. Gdy był bez smyczy, trzymał się blisko, zawsze za mną podążał. Jak tylko poszedł za róg, zaraz wracał, by sprawdzić, gdzie jestem.
Bardzo nam z jego powrotem do życia pomógł nasz drugi pies Etkin – krzyżówka labradora i ONa. Wtedy było to szalone i pełne temperamentu półroczne szczenie (szczeniak to już nie jest, ale szalony i pełen temperamentu jest nadal). To były gonitwy, walki, zapasy... Endy najchętniej przewracał się na ziemie, wszystkie cztery nogi do góry, Etkin chwytał go za skórę pod karkiem i tarzał się z nim po ziemi, obojętne, czy było sucho lub czy było błoto. Mniej więcej po miesiącu byliśmy ze sobą całkowicie zgrani, gdy Endy wyskoczył wesoło jak źrebak i zaczął używać postawy zapraszającej do zabawy. W oczach pojawiły mu się iskierki a na pysku uśmiech. Nie wierzycie? Zerknijcie na którąś fotkę w galerii (przypominam, że według rodowodu nazywa się Clei Ekar CS). Od tego czasu jego radość życia rośnie i rośnie.
Często uciekał. Był niezmiernie pomysłowy. Czasem nigdy nie doszliśmy, którędy się wydostał. Mój mąż mógłby opowiedzieć, co też musiał zrobić, aby skomplikować Endiemu ucieczki. Endy zawsze wracał, czas wycieczek stale się skracał. Najdłużej był nieobecny przez dwa dni, ostatnie ucieczki trwały około godziny. Największym problemem był powrót przez płot. Baliśmy się myśliwych, aut, tego by nikogo nie wystraszył lub nie ugryzł - i to stało się. Na szczęście nic groźnego, choć było bardzo nieprzyjemnie i musieliśmy sięgnąć do portfela (nadszarpnięte spodnie robocze przejeżdżającego rowerzysty). Ostatni raz uciekł we wrześniu ubiegłego roku. Dlaczego nie ucieka? Nie wiemy, ale chyba go to już nie bawi. Ostatnim zabezpieczeniem, jakie zrobił mój mąż, jest specjalna bramka, która pozwala Endiemu na wejście do domu, ale na wyjście już nie. Potrzebował jedynie trzech prób by pojąć, jak jej używać. Prawdopodobnie powroty stały się zbyt zwyczajne i już nie tak zabawne.
Większość ucieczek była połączona z wizytą w "salonie kosmetycznym" dla psów - za każdym razem wracał wyperfumowany. Strasznie się dziwił, że nie mamy dla tego zrozumienia i następuje kąpiel, której od razu nie polubił. Perfumy zmieniał – krowi gnój, koński nawóz, ludzkie kupki, śmieci, ale najgorsza dla mnie (dla Endiego chyba najlepsza) była zgniła ryba na brzegu rzeki Svitavy. To się mu udało na spacerze ze mną i wyperfumowali sie obydwaj – Endy i Etkin. Warczał na mnie, gdy go odganiałam i probowałam szmatką usunąć śmierdzącą breje. Nie mógł zrozumieć, dlaczego nie może się do mnie przytulić. Przytulił się. Nawet trzy kąpiele z szamponem nie pomogły pozbyć się smrodu.
No a jaki jest teraz? Wspaniały. Czy zmieniło się nasze życie? Bardzo. Ale o tym przy następnej okazji.
Olga (Czechy)
|
 |
 |
| |
|